Raz na wozie, raz pod wozem…

autor: Mateusz

Sytuacja – jakakolwiek by nie była, potrafi zmienić się diametralnie.
Jeśli poświęcimy chwilę uwagi, w tej zmianie możemy dostrzec
jakiś sens i pożytek. Pożytek, który pozwoli nam na zauważenie
pewnych pozytywnych związków w doświadczaniu przykrych
i dobrych sytuacji. Każda z nich niesie ze sobą cząstkę mądrości,
dzięki której w przyszłości możemy być lepiej przygotowani na
następną nieprzyjemną sytuację.
Zeszłego lata wybrałem się z Sylwkiem na leśny wypad. Za cel
po raz drugi obraliśmy lasy pod Lublinem, w okolicach Nasutowa.
Wymarsz z Lublina z samego rana, standardowo 15 km.
Założenie – przetrwać dwie noce w lesie, bez pomocy innych ludzi
z trzema litrami wody na głowę, z własnym wyżywieniem
i krzesiwem do rozpalania ognia. Pierwszy dzień, polegający głównie
na marszu w celu dokładnego rozeznania się w terenie i znalezieniu
niemal idealnego miejsca na obozowisko. Wierzcie mi, znalezienie
dobrego terenu do noclegu w takim lesie, potrafi pochłonąć sporo
czasu. Jednak więcej czasu, a przede wszystkim wysiłku zabiera
zrobienie szałasu, który przetrwa ewentualny deszcz. Najbardziej
pracochłonny jest natomiast zbiór drewna na ognisko. Szczególnie,
że tego drewna musiało Nam starczyć na całą noc ciągłego palenia.
Zawsze mamy tę zasadę, iż nigdy w nocy nie gasimy ognia,
a podtrzymujemy go ustalając warty na przemian co godzinę.
Pierwsza noc minęła nie najgorzej. Z samego rana przegotowaliśmy
jeszcze wodę z pobliskiego źródła, by zrobić zapas na cały dzień, gdyż
kończyła nam się już woda pitna. Konieczne jest by woda wrzała na
ogniu minimum 10 minut. Bezwzględnie należy się upewnić czy woda
nie posiada zanieczyszczeń chemicznych.
Po śniadaniu, nie zostawiając śladów po obozowisku, wyruszyliśmy
w drogę. Zależało Nam na tym, by głębiej poznać strukturę lasu i być
bardziej zorientowanym w terenie. Pomimo niezłej pogody, było
również niezwykle gorąco. Dlatego woda pitna skończyła się w
błyskawicznym tempie. Nie przewidzieliśmy tego tak precyzyjnie,
więc musieliśmy nagiąć nieco zasady i skorzystać z pomocy innych
ludzi. Wcale nie było to łatwe! Przez ponad dwie godziny szukaliśmy
jakiegokolwiek gospodarstwa czy domu, z którego moglibyśmy
napełnić zapasy wody. Trafiliśmy nawet na bardzo klimatyczną
chatkę z drewna. Ewidentnie było widać że jest to zamieszkała budowla.
Jednak na nieszczęście gdy zapukaliśmy do drzwi, okazało się że nikogo
w tym momencie nie ma w domu. No więc szukaliśmy dalej. Na szlaku
turystycznym zauważyliśmy tabliczkę z napisem: DO PUNKTU
CZERPANIA WODY. Byliśmy podekscytowani. Ogromne rozczarowanie
Nas spotkało, gdy okazało się, że chodzi o PUNKT CZERPANIA WODY
PRZECIWPOŻAROWEJ. Byliśmy spragnieni i wyczerpani, więc nie
wpadliśmy na to, że przecież w pobliżu większych lasów przeznaczone
są miejsca do czerpania wody w razie pożaru. W Naszych głowach była
tylko myśl o wodzie do picia. Dopiero w pobliskiej Szkółce Stróżek,
pewna miła Pani pozwoliła napełnić nasze butelki wodą. Podziękowaliśmy
i ruszyliśmy dalej. W postoju na przerwę obiadową trafiliśmy na kompleks
plenerowego sprzętu do ćwiczeń, wedle kreatywności osoby korzystającej.
Powygłupialiśmy się i zeszliśmy ze szlaku turystycznego w głąb lasu, gdyż
na drodze zbyt często patrolowali teren leśnicy. Oni potrafią być niezwykle
uprzejmi, lecz również bardzo czepialscy. Wchodząc głębiej w las, w końcu
udało się znaleźć jako takie miejsce na obozowisko. Było trochę późno,
więc ze wszystkim trzeba było się spieszyć. Szybki szałas, zbiór drewna,
rozpalenie ogniska i wreszcie kolacja i wymarzony odpoczynek.
No i niestety. Przy mojej pierwszej warcie zaczął padać deszcz. Szałasy
zrobione na szybko nie zdały egzaminu. Przykryliśmy je z góry swoimi
płaszczami przeciwdeszczowymi. Jednak były zbyt małe więc i tak woda
przedostawała się do środka szałasu. Najgorzej było z ogniem. Zasady
podtrzymywania ognia przez całą noc nie chcieliśmy złamać. Za wszelką
cenę na przemian, na warcie walczyliśmy o to, by ogień palił się mimo
deszczu, który jak na złość z godziny na godzinę był coraz mocniejszy.
Zmagaliśmy się do godziny 3:20. Do tego czasu udało Nam się podtrzymać
ogień. Postanowiliśmy wyruszyć w drogę powrotną trochę wcześniej.
Deszcz nie zamierzał zastopować i naciskał z minuty na minutę bardziej.
W lesie było niezwykle ciemno a ograniczona widoczność była nadto
potęgowana deszczem. Dwie godziny minęło nim zorientowaliśmy się
gdzie jesteśmy. W końcu trafiliśmy na drogę powrotną – mokrzy
i przemęczeni.
Odnosząc się do początku wpisu, chciałem zauważyć pewny związek
między tą pierwszą udaną nocą, a tą drugą niezbyt przyjemną. Ta druga
dała mi większą satysfakcję niż pierwsza, pomimo iż pierwsza była
zdecydowanie bardziej przyjemna. Chodzi o to, że gdy większość zdarzeń
idzie zgodnie z Naszym planem, nie potrafimy zauważyć, jak wiele dobrego
Nas spotkało. A druga noc uruchomiła wyobraźnię i pozwoliła dostrzec
niebezpieczeństwa, które mogły Nas spotkać. Przecież do tego deszczu
zawsze mogła dojść również burza. Noc zostawiła również mądrość, by na
przyszłość być przygotowanym lepiej na podobne sytuacje. Ciekawą myśl
przekazał mi Sylwester w drodze powrotnej. Powiedział, że bólu fizycznego
i zmęczenia nie potrafimy przywołać wspomnieniami w swojej głowie.
Jednak satysfakcja i mądrość które daje nowe doświadczenie,
zostają na bardzo długo.
A na poprawę humoru relacja z tego wypadu w formie żartu. Obiecujemy,
że to pierwszy i ostatni film w takiej jakości. Tylko dla ludzi o mocnych
nerwach (naprawdę!).

0 comments on “Raz na wozie, raz pod wozem…Add yours →

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *